To wciąż tylko kilka liter zebranych razem, których dźwięk jeszcze nic mi nie mówi. Staram się je powtarzać jak najczęściej, by wypowiedziane już za kilkadziesiąt godzin brzmiały przyjaźnie, naturalnie i prawdziwie.

Pewnie nie tak łatwo zaskarbić sobie zaufanie potomków kanibali i jedno słowo nie wystarczy. A może współcześni mieszkańcy Kamerunu nie pamiętają już o diecie swoich przodków, a nas przyjmą z otwartymi ramionami?:)

I jeszcze ostatnie pakowanie… Łatwo powiedzieć, trudniej zrobić. Leki, sprzęt i polskie przyprawy dla sióstr zakonnych mają pierwszeństwo. Dopiero potem rzeczy osobiste i antykomarowe, bez których pobyt w Kamerunie byłby dla nas, nieprzystosowanych Europejek, nie do wytrzymania:)

A my nie tylko chcemy mieć siły, aby jak najefektywniej spędzić czas z afrykańskimi pacjentami, ale też żeby wrócić w zdrowiu do pracy w Polsce. Do pacjentów i martwiących się o nas kolegów i koleżanek z kliniki.

Niewiele zostało już czasu na naukę podstaw języka maka, pakowanie, pożegnania i wyobrażenie sobie jak będzie na miejscu…

Następny wpis, mam nadzieję, już z Kamerunu:)

KAKAaaa czyli do widzenia

Aga