Tyle wrażeń, że nie wiem o czym pisać, a pisanie pod moskitierą z laptopem na kolanach nie jest proste:) Czekam na 22, bo wtedy mają włączyć prąd, a musimy naładować sprzęt na jutro. Tylko dlatego coś piszę, dlatego że dziś jestem po raz pierwszy wykończona kompletnie. I do tego ciągle mi się zdaje, ze wokoło lewego oka chodzi mi coś – jakiś groźny pasożyt, robal albo inne świństwo.

Dziś już minął 7 dzień akcji ,,Okuliści dla Afryki”. Po długich wieczornych  pożegnaniach z Siostrami, a potem jeszcze dłuższych nocnych z księdzem Darkiem rano wstaliśmy trochę za późno. Pakowanie rozpoczęliśmy dopiero po śniadaniu. Potem pożegnania, uściski, zaproszenie na następny raz na dłużej i w drogę. Przy bramie czeka pacjentka do dentysty – boli ją ząb. Wszystko znajduje się już w aucie, narzędzia nie sterylne, a przed nami długa droga i czeka 250 dzieci w Esseng. Konrad kieruje ją do gabinetu w Abong Mbang. Kobieta niestety lamentuje – za co tam dojedzie, kto ją zawiezie i że nie ma pieniędzy. Wczoraj Konrad przyjmował do 21, ale nie możemy się dowiedzieć dlaczego nie przyszła. Niestety nie możemy zostać, bo stracilibyśmy parę godzin, a nie możemy sobie pozwolić na takie opóźnienia. Czekają pacjenci w kolejnej misji.

Droga przez puszczę. Wąska, czerwona jak cegłą, kręta i dziurawa. Z obu stron bagna i wszechogarniający las tropikalny.  Piękna choć nieprzyjazna ściana zieleni, przez którą trudno się przedostać. Teraz łazi coś dookoła mojego prawego oka. Przepełzło czy to jakaś może psychoza?

Nagle wyłania się wioska, kilka chałupek zawsze tak samo zbudowanych – rusztowanie z drewna, a pomiędzy nie upchnięta ta sama czerwona ziemia po której chodzimy. Okien nie trzeba, bo wszystko jest nieszczelne. Domy ,,bogatych” pokrywa blacha, a w zwykłych plecionka z liści palmy. Gdy ją robią wygląda jak zielony płotek ok. pół metrowej wysokości i na długość chaty. Potem jest szaro-czerwony, jak wszystko tutaj. Czerwona ziemie powoduje, że poza zielenią w lesie wszystko i wszyscy są czerwoni. Dzieci w szkołach zdejmują buty przed wejściem do klas, żeby nie brudzić podłogi. Po lekcjach myją podłogi i idą na różaniec. Ciekawe czy jest w Polsce szkoła, gdzie dzieci myją podłogę w klasie?

Przejeżdżamy przez dżunglę. Esseng jest położone na morowym terenie. Wokoło puszcza i mokradła. Obszar, na którym szaleje malaria i szczególnie wśród dzieci zbiera swoje żniwa. Dojeżdżamy do misji bezhabitowego Zgromadzenia Sióstr od Aniołów. Sympatyczna siostra Ewa oraz pielęgniarka i siostra Ania, która zajmuje się szkołą, witają nas serdecznie. Jest bardzo późno. Dojechaliśmy z opóźnieniem, bo droga przez busz była mokra i śliska, dlatego nie dało się szybko jechać. Bierzemy się od razu do roboty. Teraz wiemy, że najlepiej badać dzieci na dworze. W klasach jest za ciemno. Dachy w szkołach są wydłużone, żeby nie było w klasie gorąco, dlatego często do okien nie dociera wiele światła i panuje półmrok. To jest prawdopodobnie przyczyną dużej liczby uczniów ze skurczem akomodacji. Większość okularów, które przepisujemy, to minusy związane właśnie ze skurczem akomodacji.

Badanie starszych klas idzie bardzo szybko, dlatego że siostra Immakulata i Konrad nam bardzo pomagają – ustawiają dzieci, kierują ruchem, odganiają ciekawskich gapiów. Na koniec dnia, gdy jesteśmy już bardzo zmęczone, Konrad zakłada mi na głowę oftalmoskop, podaje soczewkę do badania i dobiera dzieciom okulary. Niedługo będzie mógł sam przyjmować:) Pomagała też dyrektorka przedszkola, której dzieci przeszły do zerówki. Z dziećmi najmłodszymi tradycyjnie był największy kłopot. Okazuje się, że dzieci nic nie widzą. Przy 3 dziecku ktoś wpadł na pomysł, że może one nie znają francuskiego!! Przyszła dyrektorka i rozmawiała z nimi w języku maka. Ponad 20 dzieci wymaga badania rozszerzonego i nagle okazuje się, że jest 15.00 i badania skończone. Jeszcze tylko nauczyciele – 7 dorosłych osób, to już dla nas pestka.

Przy obiedzie u sióstr dowiadujemy się, że przebadaliśmy 250 dzieci!!! Ale jesteśmy strasznie zmęczone i nawet pyszna włoska kawa i ciasta (jedno z mango, a drugie z kokosem) nie dodały nam sił, ale za to poprawiły nastroje.

I już żegnamy Esseng i jedziemy do wojewódzkiego miasta Abong Mbang. Dalej busz, ale tym razem prowadzimy samochód także my z Agnieszką. To dopiero dawka adrenaliny! Wąsko, ślisko, dziury i rozpędzeni motocykliści, którzy w ostatniej chwili chowają się w krzakach (razem na drodze się nie mieścimy). Najpierw prowadziłam ja, trzymając ręce zaciśnięte na kierownicy. Obie wpadłyśmy w poślizg, ale przeszłyśmy z Agą chrzest i spokojnie wyprowadziłyśmy auto z tarapatów. To tak dla podniesienia adrenaliny:)

Już nigdy nie będę narzekała na dziury na drodze do Bielska-Białej. To po prostu wspaniała droga mimo dziur, lodu, śniegu i braku piaskarek w zimie.

Dojechaliśmy nocą do Abong Mbang. Dowiadujemy się, że od 3 dni nie ma prądu. Jemy kolację i na ostatnich nogach idziemy się kąpać. O dziwo jest ciepła woda, a nawet powiedziałabym, że wrzątek. Niestety nie ma zimniej. Teraz już sama nie wiem czy lepiej kąpać się w lodowatej wodzie, czy w ukropie. A może raczej powinniśmy się cieszyć, że w ogóle można się wykąpać?

O 22 włączyli prąd. Ładujemy urządzenia medyczne, telefony, aparaty, kamerę i padamy spać.

Dzieci w Kamerunie nie mają łatwego życia i niestety nie mogą sobie pozwolić na spanie do późna nawet w niedzielę. Najczęściej wstają o 5 rano żeby przejść kilka kilometrów – do szkoły w tygodniu, a w niedzielę do kościoła. Na miejsce docierają często bardzo zmęczone, co widać na zdjęciu.

Jedną z rozrywek dzieci jest ślizgawka na trawie po tropikalnej ulewie. Wygląda na to, że to dobra zabawa, ale nie próbowałyśmy;)