Tym razem zmęczenie duże, choć wszystko przebiegło zgodnie z planem. Wyjechałyśmy w piątek o 5 pm, a położyłyśmy się spać w niedzielę o 5 am. I mimo iż były 3 godziny spania w hotelowym łóżku i 3 godziny w samolocie – huk był taki i tak nas karmili, że więcej się nie dało, to snu jest trochę mało.

W drodze do Entebbe, gdzie jest największe lotnisko w Ugandzie było międzylądowanie w Kigali, stolicy Rwandy. Oszczędności dotknęły także linie lotnicze i łączą loty do krajów afrykańskich.

Zdziwienie nasze było duże, gdy po wylądowaniu w Ugandzie każdy pasażer miał dezynfekowane ręce, mierzoną temperaturę i musiał wypełnić deklarację zdrowia. Na wszelki wypadek na wszystkie pytania o gorączkę, ból głowy, brzucha, krwotoki, kontakt z Ebolą odpowiadałyśmy „No”. Choć głowy bolały nas bardzo, nie chciałyśmy ryzykować kwarantanny w Ugandzie.

Potem jeszcze tylko wizy – 50$ i już.

Odebrał nas Piotr, misjonarz franciszkanin, i w drogę do Kakooge. I pierwsza niespodzianka – w Ugandzie ruch jest odwrotny niż w Polsce, a kierownica po prawej stronie. Potem 60 kilometrów o których wiedziałyśmy, wydłużyły się do 160 – tyle ile było faktycznie. I już o 3 w nocy byłyśmy na misji w Kakooge. Potem tylko rozpakowanie samochodu, szybki prysznic w zimnej wodzie, whisky ku zdrowotności i z pierwszymi kogutami o 5 rano padłyśmy pod naszymi moskitierami.

Niedziela była dniem przeznaczonym na aklimatyzację. Zmęczenie, 35 stopni nie sprzyjało aktywności. Z trudem zmobilizowałyśmy się do uporządkowania okularów, leków i przygotowania sprzętu do jutrzejszych badań. Wieczorem niespodzianka – grill, na którego przyjechali prawie wszyscy Polacy mieszkający w Ugandzie. Było bardzo sympatycznie i pysznie. Ze względu na późną porę o szczegółach nie piszę 🙂

A od jutra badania. Juro jedziemy na wioski. Ksiądz Marek, który jedzie z nami spytał jak długo będziemy pracowały, bo to daleko, a obiadu nie dadzą. A my na to, że banany i woda wystarczą, i możemy do zmroku.

O tym może jutro uda mi się napisać.

dr Iwona Filipecka